Monday, February 1, 2010

Twarze Indii...



Nie pamietam jak wygladal. Moze byl podobny do chlopca na tym zdjeciu, moze nie. Pamietam tylko dworzec. Ponury dworzec w amritsarze i rozesmiana twarz malego, moze 10letniego chlopca.
To byl moj drugi pobyt w Indiach. Podrozowalam wtedy z kolezanka i plecakiem, a raczej z kolezanka i 2ma plecakami - jej i momim. Pojechalysmy do Amritsaru obejrzec Zlota Swiatynie i musialysmy zlapac pociag powrotny do Delhi. Nie bardzo wiedzialysmy gdzie zarezerwowac sobie bilet - to nie jest takie proste, bilety rezerwuje sie na co najmniej kilka dni wczesniej w osobnej kasie, a rezerwacja miejsc w pociagu odjezdzajacym tego samego dnia juz gdzie indziej. Chwile blakalysmy sie pod jedna z kas, az nagle podszedl do nas maly chlopiec i bardzo chcial nam wyczyscic buty. Odgonilysmy go. Wrocil po chwili usmiechniety i powiedzial, ze zaprowadzi nas do wlasciwej kasy biletowej. Nie mialaysmy innego wyjscia jak skorzystac z jego pomocy, a ze podrozowalysmy juz wtedy przez jakis czas spodziewalysmy sie, ze konieczne bedzie pozniej dac mu napiwek za mila pomoc. Dotarlismy do kas, wyciagnelysmy z kieszeni 10 rupii i chcialysmy dac naszemu nowemu koledze, ktory spojrzal na banknot i niesmialo spytal czy moze nam wyczyscic buty. Odmowilysmy, a nasz kolega..... poszedl sobie!!!!!! a my stalysmy pod kasami nieco oslupiale z 10rupiowym banknotem w reku...
Po jakims czasie nasz kolega zjawil sie w poczekalni kolejowej i zaczelismy rozmawiac. Widac po nim bylo, ze jest biedny, wiec spytalysmy czy nie mialby ochoty na cps do jedzenia. Odmowil, ale jego oczy patrzyly lapczywie w kierunku stoiska z chipsami i coca-cola. Nie pytajac po raz drugi kupilysmy mu chipsy i coca-cole i siedzielismy sobie przez chwile razem bawiac sie i rozmawiajac. W pewnej odleglosci od nas siedzial jeszcze jeden chlopiec i staruszka (ktora pewnie miala nie wiecej niz 50 lat, a wygladala na prawie 90), ktorzy wygladali na mieszkancow dworca. Nasz kolega powiedzial ze to jego dobrzy przyjaciele i czy nie moglybysmy kupic im herbaty. Nie chcialo nam sie wstawac z miejsca,m wiec cala trojka dostala 10 rupii i udala sie w kierunku stoiska z herbata.
Nasz pociag byl poznym wieczorem, musialysmy czekac na nego kilk godzin, ale byl to barzo przyjemny czas. Siedzialysmy sobie na peronie my 2, nasze 2 plecaki, a obok nas nasz kolega czyscibut i jego przyjaciel - chory na polio zebrak z tak powykrecanymi konczynami, ze poruszal sie jak pajak na czterech nogach. Zartowalismy, jedlismy chipsy bananowe, chlopcy spiewali piosenki i tych kilka godzin do przyjazdu pociagu minelo nam jak pare minut.

Chlopcow takich jak ten, ktorego spotkalam jest tysiace. Nigdy nie chodzili do szkoly. Sa czesto bici przez mafie, ktora odbiera im pieniadze. Wiekszosc z nich nie dojada, wielu nie ma rodzicow, albo uciekli z domu. Spia gdzies w poblizu stacji, czesto w szparze pomiedzy szynami a peronem kolejowym. Zdarza sie czesto, ze sa gwalceni przez innych starszych i silniejszych mieszkancow dworca. Nigdy nie wiem jak sie zachowac wobec tych dzieci, ktore tak na prawde sa o wiele bardziej dorosle i samodzielne niz ja. Nie pochwalam dawania zebrakom pieniedzy, ale bardzo czesto jesli tylko moge dam cos do jedzenia, kupie lody, zrobie zdjecia (tak - dzieci dworcowe czesto same prosza zeby zrobic im zdjecia, ogladaja sie potem na wyswietlaczu aparatu cyfrowego i sa cale szczesliwe, ze przez chwile moga sie z kims pobawic), chwile porozmawiam.
Kazde spotkanie z takim dzieckiem sprawia, ze zdaje sobie sprawe z tego jak wiele tak na prawde mam, a jak malo moglabym miec... i zawsze kiedy jestem na dworcu w Amritsarze mam nadzieje, ze chlopiec ktorego wtedy spotkalam zyje, ze moze nie mieszka juz na dworcu, ze moze ktos zapisal go do szkoly...

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.